Fragment 4 – „Pamiętnik lesbijki” Eryk Edwardsson


FRAGMENT 4

Szał stroboskopów


Tymczasem blondyn rozsiada się wygodnie między mną a Pati, wyraźnie nieskrępowany obecnością młodych kobiet po lewej i prawej swojej stronie, z których co najmniej jedna powinna mu się wydawać atrakcyjna.

Często tu bywacie? –pyta nas.

Do bólu typowy tekst na zagajenie.

Nawet –odpowiadaśpiesznie Pati, cała rozpromieniona. – Koleś wyraźnie jej się spodobał i będzie robiła wszystko, żeby go wyrwać. – To całkiem w porzo knajpa, zwłaszcza że Nati nie lubi typowej techniawy, a tu jest pod tym względem spoko.

Serio, nie przepadasz za techno? –zapytuje blondasek.

Pewnie teraz zacznie mnie przekonywać do zmiany mojej oceny tej muzyki, którą na bank uważa za szczyt artystyczno-rozrywkowych możliwości ludzkości.

No nie –odpowiadam, żeby nie być niemiła.

Wiesz, mnie to też niespecjalnie kręci. Wolę bardziej lajtowe klimaty –mówi i to jakby trochę bardziej do mnie niż do Pati. – Wiesz, lubię Eminema, Britney, Shakirę…

Niech jeszcze wymieni Tatu, to Pati go chyba strzeli w pysk. Ona wie, że mam dokładnie takie same preferencje, jeśli chodzi o muzykę.

Tatu też może lubisz? – pytam, żeby się trochę zabawić, zanim Pati go sobie wyrwie. I żeby ją trochę rozdrażnić.

Tatu? Jasne! Zajebista parka. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałem się tego po Ruskich –mówi koleś, teraz już ewidentnie zwracając się tylko do mnie.

Ale numer! Pati upatrzyła go sobie na ten wieczór, a tu nagle facet przejawia większe zainteresowanie mną niż nią. Niechby się jeszcze okazał antykomunistą – określenie „Ruski” już wywołało ledwie zauważalny grymas zaniepokojenia na twarzy Pati.

A ty często tu bywasz? –Pati znów próbuje zwrócić na siebie jego uwagę.

Jestem tu pierwszy raz –odpowiada blondasek, spoglądając na Pati. – Ale skoro mówicie, że puszczają tu lepszą muzę… – Ponownie zerka na mnie. – To pewnie będę częściej wpadać. Jak myślicie, puszczą dzisiaj Tatu? – I znowu pytanko raczej do mnie niż do Pati.

No, na pewno –wyrywa się z odpowiedzią Patrycja, wyraźnie zaniepokojona kierunkiem zainteresowań, jaki sobie obrał jej blonduś.

Nas nie dogoniat zawsze leci, a ostatnio także All about Us i All the Things She Said –informuję go nadgorliwie.

Serio?! –ożywia się Kamil. – All About Us to mój ulubiony kawałek. Zajebiście! A ty… To znaczy wy…

Ja na miejscu Pati nie wybaczyłabym mu tej freudowskiej pomyłki gramatycznej, bo bądź co bądź, formalnie koleś wciąż rozmawia z nami obiema, choć jego uwaga wyraźnie koncentruje się na mojej osobie. Sposób, w jaki próbuje złapać moje spojrzenie, nieśmiałe uśmieszki, jakie niedwuznacznie do mnie adresuje, i lekkie odwrócenie głowy, którą tylko przez grzeczność próbuje utrzymać mniej więcej w wycentrowanej pozycji, rozdzielając spojrzenia z pozoru sprawiedliwie pomiędzy naszą dwójkę…Pati musi wychodzić z siebie.

Jesteście z Pozka czy gdzieś z okolic? –pyta blondasek.

Oczywiście, że z Pozka – prawie wykrzykuje Pati, desperacko próbując uzyskać przewagę w naszej triadzie. – Ja mieszkam na Jeżycach, a Nati na gierkowskim osiedlu. A ty skąd jesteś?

Z Murowanej. Ale często bywam w Poznaniu. Ciebie… –znowu zwraca się do mnie, ku rozpaczy Patrycji – wydaje mi się, że już gdzieś widziałem. Może na jakiejś innej imprezie… Bywasz może w St. Quentin? Tam jest trochę przesadnie dużo techniawy, ale da się wytrzymać, często robią głosowanie na kawałki przez eski. To zajebista sprawa, wiesz? –I kolejna niewybaczalna pomyłka gramatyczna. – Dzięki temu nawet puszczają czasem wolne. Tu pewnie nie? –Wlepia we mnie swoje spojrzenie.

Raczej nie. Chyba że dasz w łapę DJ-owi. A w St. Quentinie nie bywam, to Pati czasem się tam bawi. –Próbuję zwrócić jego uwagę na moją koleżankę, która zaraz wpadnie w niezdrowy nastrój.

Blondasek, jakby nie zauważył mojego wtrętu o Patrycji, ciągnie swoje, myszkując swoim wzrokiem po mojej twarzy:

To ciekawe, gdzie cię mogłem widzieć, skoro nie tam. Hm… Ale na pewno cię widziałem, mam dobrą pamięć do twarzy, choć oczywiście nie do wszystkich… Aa… Masz może nowy album Tatu? Kumpel miał mi ściągnąć z netu, ale komp mu siadł i nic z tego.

Owszem, mam –odpowiadam, ale zaczynam czuć się podle, że skradam Pati jego względy, i kombinuję, jak by tu zadziałać, żeby facet zauważył, jak Pati dzisiaj ślicznie wygląda, i jednocześnie dał sobie spokój ze mną, która i tak nie ma na niego ochoty.

Jest zbyt szablonowy jak dla mnie. Czego słuchasz, skąd jesteś, kiedyś cię już widziałem… Ile razy słyszałam te teksty? Ale prawie wcale nie przeklina, co można mu poczytać za zaletę…

Jednak to facet nie dla mnie. Chociaż… Ma ciekawe usta…

Jestem! –wydziera się nagle Kika, która właśnie się wyłoniła ze strumienia przechodzących obok ludzi, dając mi wspaniałą okazję do tego, aby oderwać się od blondaska i złożyć go w całości u stóp spragnionej odrobiny faceta Pati.

Cześć, Kika! –krzyczę, po czym przepraszam Kamilka i wstaję z miejsca, aby zgubić się z Kiką w innej części lokalu.

Rozmawiam przez chwilę z nią o wszystkim i o niczym, po czym oddalamy się od stolika, zza którego Pati rzuca mi wyrażające bezdenną wdzięczność spojrzenie. Jest kochana. Jako jedna z nielicznych potrafi być wdzięczna – potrafi nie tylko odczuwać wdzięczność, lecz także się odwdzięczać. Oby ten Kamilek był w stanie docenić jej przymioty… W końcu to facet i może mieć z tym pewne problemy.

Chodzimy z Kiką po klubie i wymieniamy się ploteczkami, komentując od czasu do czasu wygląd tej czy innej osoby. W głównej sali DJ przerzucił się wreszcie na normalną muzykę i zaczął puszczać porządne hiciory, a nie jakieś techniarskie badziewie, postanowiłyśmy więc z Kiką rozgościć się trochę na parkiecie.

W końcu mogę się nieco zabawić, bez zbędnego angażowania się w interakcję z jakimiś niedorobionymi ludkami. Tylko ja i muzyka przemieszana z kaskadą kolorowych świateł i oszałamiającymi rozbłyskami stroboskopów. Mogę zanurzyć się w tych chromatycznej gamy toniach i zapomnieć na chwilę o wszystkim, co mnie kiedykolwiek trapiło, skupiając się jedynie na tym ekscytującym fakcie, że żyję, że jestem…

Kika jest jakby na zewnątrz tego dźwiękowo-świetlnego kręgu wspaniałych doznań, razem z pozostającymi tylko tłem innymi uczestnikami zabawy, których groteskowe pozy wydobywa na bardzo krótkie chwile błyskawiczne migotanie stroboskopów.

Kocham to uczucie odrealniającego uniesienia, w którym mogę zatopić swoją duszę niemal bez reszty. Uwielbiam ten dym, który spowija tańczących nieziemską mgłą, skrywającą ich niezdarne ruchy, mające być, według nich, rodzajem tańca. Lubię nawet ten przemieszany z perfumami pot, którym pokrywają się ciała wszystkich wokół i którego różnorodna woń unosi się w powietrzu razem z ciekawskimi spojrzeniami jego właścicieli.

Może jestem nienormalna, żeby hołdować tak niewyrafinowanej rozrywce, ale czyż w życiu nie chodzi po prostu o dobrą zabawę, niezależnie, jaką ideologię się do tego dorobi?

Każdy rodzaj szczęścia jest dobry, jeśli tylko jest prawdziwy. Dzielenie kultury na wysoką i niską nie ma większego sensu. Nie można stworzyć hierarchii przyjemnych doznań, uznając jedne za lepsze, drugie za gorsze, pod względem jakichś wydumanych wyobrażeń na temat ideału prawdziwej sztuki. Istnieją być może dzieła i arcydzieła, ale można czerpać równie wielką przyjemność ze słuchania disco polo, jak i z uczestnictwa w koncercie orkiestry symfonicznej. Ja to wiem. Choć pewnie mogę się mylić… Jednak to teraz nieistotne. Dopóki jestem tutaj, mogę oddawać się ekstazie, którą być może niektórzy nazwaliby prymitywną. Ale czyż oni mogą wiedzieć, o czym mówią, nie doświadczywszy nigdy tego, co jest teraz moim udziałem?

Kocham także to zmęczenie, które przychodzi po spędzeniu pewnego czasu na parkiecie, i to uczucie suchości w ustach, które domagają się napoju. Kika i ja, kiedy puszczają naszą muzykę, potrafimy je ignorować, trwając w tańcu nawet przez dwie godziny bez przerwy. Właśnie tak jak teraz…

Lecą wszystkie najlepsze hity, i te najnowsze, i te z ubiegłego roku, w tym szczególnie przeze mnie hołubione, czyli kawałki Tatu. Jak ja przepadam za słuchaniem All About Us przy maksymalnej głośności, jaką tylko są w stanie znieść bębenki w moich uszach… I za tymi ciosami wymierzanymi moim piersiom przez potężne basy. Kika też to uwielbia… Jesteśmy na chwilę w naszym krótkometrażowym, doczesnym niebie. I możemy do niego wracać co tydzień. I to jest wspaniałe. Dla tego warto żyć. Dlatego warto żyć. Między innymi…

Bo warto jeszcze dla innych rzeczy. Szczególnie takich jak widok Patrycji w jej wdzięcznych, choć nieco nazbyt śmiałych sukienkach… I dla miłości… Dla samej choćby kontemplacji tego nieskończonego zjawiska, którego zrozumienie wymaga chyba całych lat studiów i eksperymentów. Tylko że te eksperymenty są niszczące, więc nie sposób przeprowadzić ich zbyt wiele, wystarczająco rzetelnie, żeby dojść do celnych wniosków.

Jednak ja nie poległam jeszcze na polu niesławy, jakie roztacza się pomiędzy wszystkimi zerwanymi związkami, gdzie stopa grzęźnie w stertach złamanych serc, które zostały zamienione przez swoich byłych właścicieli na sople lodu lub bryły kamienia.

Chyba zaczynam gubić kontakt z rzeczywistością, pozwalając sobie na zbyt dalekie wędrówki w głąb krainy zwodniczych kontemplacji. Koncentruję się na muzyce i świetle. Lampa stroboskopowa ukazuje mi kolejne klatki filmu o tańczących ludziach, w którym główną rolę gra Kika. Sycę się swoim szczęściem i uśmiecham na myśl o tym, że moja koleżanka jest dzisiaj różowa prawdopodobnie aż po same majtki. Nie byłoby to bowiem w jej przypadku nic dziwnego, gdyby do różowej spódniczki, różowej bluzki oraz takichże butów i skarpetek dobrała bieliznę w tym samym, w jej przekonaniu szałowym, kolorze. Och, ta Kika… Ale to jej ciało i może wsadzać je w dowolne rzeczy.

Kończy się kolejny utwór. Kika chyli ku mnie swoje zroszone potem czoło i mówi, że czegoś by się napiła. Bez wahania przystaję na jej propozycję i udajemy się razem w stronę sali z barem. Klientela King Konga jest coraz liczniejsza, a nawet zaczyna już powoli przewyższać możliwości tego lokalu, więc musimy się przepychać.

Po drodze mijamy Pati i jej blondaska, którzy zmierzają właśnie na parkiet. Pati posyła mi wdzięczny uśmiech i puszcza oko, promieniejąc radością. Jej chłopczyk z kolei, skoro znów znalazłam się w zasięgu jego wzroku, spogląda na mnie w sposób zdradzający wszystkie niecenzuralne myśli dotyczące mojej osoby, które tylko zdążyły mu się przetoczyć przez umysł w tej krótkiej chwili. Ale niestety, kolego, ja nie dla ciebie… Ja dzisiaj dla nikogo, prócz moich marzeń…

Kika widzi zmęczenie na mojej twarzy i pozwala mi udać się do naszego stolika, sama zaś bierze na siebie wystawanie w kolejce po drinki. Jestem jej za to bardzo wdzięczna i pocałowawszy ją w policzek, wracam do naszej loży.

Reklamy