Fragment 3 – „Pamiętnik lesbijki” Eryk Edwardsson


FRAGMENT 3

Banda ludzi kretyńskiej zabawy


I dałaś tej cipie swój numer? –Pati wybałusza na mnie zdziwione oczy, omal nie potykając się na nierównych płytach chodnikowych, po których drepczemy w kierunku jednej z naszych ulubionych knajp.

No… Tak –odpowiadam, zaczynając wątpić w słuszność mojego wczorajszego postępowania względem tajemniczej gotki. Czy Pati zawsze musi rozwiewać moje iluzje i wzbudzać we mnie rozterki co do decyzji, które już podjęłam? – Ale spoko. –Próbuję nie tracić kontenansu. – Ona nie jest taka jak inne brudy.

No jasne, skoro chce się zadawać z taką landrynką jak ty – obrzuca mnie odrobiną złośliwości Pati.

Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywała –napominam ją. – Jeśli ktoś tu jest landrynką, to prędzej ty.

Spoko, luzik. Obie jesteśmy, ale walić to. I co? Co zrobisz, jak ta brud-cipa do ciebie zadzwoni?

Umówię się z nią. W sumie czemu nie? –odpowiadam z całym przekonaniem.

Co?! Chcesz się z nią spotkać? Uważaj lepiej, żeby cię nie złożyła w ofierze szatanowi…

Pati, ona nie jest z tych takich totalnie porąbanych. Nawet się tak nie ubiera. Wiesz, nawet ma niezłe ciuchy. To znaczy, ja bym tego w życiu nie włożyła, ale ona nieźle w tym wygląda, potrafi dobrać ciuch do torebki, makijaż do fryzury…

Mimo wszystko, jak się z nią spotkasz, to lepiej za dnia i z dala od cmentarza –mówi, rzucając mi krytyczne spojrzenie. – Wiesz, zrobisz, co chcesz, ja cię tylko ostrzegam. Coś mi tu śmierdzi. Brud-laska chce się umówić z tobą, takim diskomułem? – Chichocze,wypowiadając ostatnie słowo. To określenie zawsze nas bawi, kiedy pomyślimy, że niektórzy chcieliby tak nas nazywać.

Spadaj. Nie było cię tam i nie wiesz, jaka ona jest –mówię.

A ty to niby wiesz, bo z nią gadałaś przez kawałek wykładu? Jasne! –Spogląda na mnie z tą swoją miną zupełnie zniechęconej do tematu.

Co trzeba, to wiem. Wystarczy, żeby stwierdzić, że to nie byle brudas, tylko ktoś, z kim da się sensownie pogadać. Ta laska jest nieźle na poziomie, wiesz, ona robi dwa kierunki. To nie gratka dla frajerów – klaruję jej, gdy widzę, jak przewraca oczami i żuje gumę, manifestując totalny brak zrozumienia dla mojego wybryku.

Och, ten twój snobistyczny przerost ambicji kiedyś cię zgubi –mówi Pati jakby ze współczuciem.

Mnie, w przeciwieństwie do ciebie, nie satysfakcjonuje przestawanie z takimi przymułami jak Mały, Kaśka czy Filipek – rzucam jej w twarz. – Banda ludzi kretyńskiej zabawy. Tylko dicho, ruchanie i zero koncepcji na siebie czy jakiejkolwiek wizji przyszłości. Pati, z takimi ludźmi nie można się zadawać na dłuższą metę. Oni są dobrzy na wieczorne wypady do klubów, ale nie na przyjaciół…

Ach, ten twój snobizm! A ty to niby jesteś lepsza, bo sobie studiujesz dziennie na państwowej uczelni i marzy ci się chodzenie w garsonce i cieplutka posadka w jakiejś wiarygodnej instytucji!? –naskoczyła na mnie. – Wiesz co, Nati, czasami mnie wkurzasz. Ja cię rozumiem, ale Kaśka, Mario czy nawet Filip to też są ludzie i naprawdę wnerwia mnie, kiedy tak o nich mówisz. Przestań w końcu zadzierać nosa. Jesteśmy razem w tym bagnie, jakie nam zgotowali ci pierdoleni liberałowie, i cokolwiek by mówić, musimy wyrwać życiu, ile się da. A to oznacza, że powinnyśmy się bawić na całego, bo jutro na pewno lepiej nie będzie.

Tak, wiem… Będzie gorzej, bo lepiej już było – przytakuję, powtarzając mechanicznie jej ulubione powiedzonko.

Pati przy każdej sposobności, jaka się nadarzy, musi zahaczyć o swoje społeczno-ekonomiczne poglądy z minionej epoki. Jeśli ja mam problem z adaptacją środowiskową z powodu moich elitarystycznych ciągot, to ona ma nie mniejsze kłopoty z dostosowaniem się do realiów codzienności z tymi swoimi pseudokomunistycznymi zapatrywaniami.

  OK, Pati, dziś idziemy się bawić, więc porzućmy ten przyciężki temat, bo inaczej popsujemy sobie humor na resztę wieczoru – uderzam w pojednawczą nutę, bo zauważam, że zbliżamy się do punktu krytycznego, w którym zaczyna się między nami kłótnia.

Tym bardziej że do King Konga mamy już niedaleko i za chwilę będziemy musiały przywitać się z naszymi znajomymi, wobec których obie przejawiamy tak różne postawy.

No, masz rację. Dziś będzie ostra jazda. –Pati uśmiecha się do mnie, tak jak to ona umie, kiedy chce mi poprawić nastrój. – Musimy się trzymać razem w tej dżungli, bo inaczej rozedrą nas na strzępy. Ty jesteś jedyną liberałką, którą akceptuję w całości, a ja jedyną diskomulicą, którą ty uważasz za godną swojej przyjaźni.

Kocham ten jej uśmiech. Wystarczy, że spojrzę w tę twarz, i zapominam o wszystkich swoich troskach. I tak jest zawsze. Co ja bym zrobiła bez Pati…? Już tyle razy ratowała mnie z tego mojego depresyjnego nastroju o podłożu snobistyczno-alienacyjnym.

Dokładnie tak –mówię, przytulając się do niej.

Skręcamy właśnie w ulicę, przy której mieści się disco club King Kong, i moim oczom ukazuje się znajomy widok gromadzących się przed wejściem ludzi.

Zerkają w naszą stronę. Pewnie biorą nas za lesby. Ale w takich miejscach to dozwolone. Mogłybyśmy się z Pati nawet lizać na środku parkietu i nikt by nam nic nie zrobił. To jeden z plusów bycia laską w tym fallocentrycznym świecie. Faceci lubią lesbijki, to ich kręci, dwie laski w akcji to dla nich niezły show.

Chujomózgie przygłupy! A gdyby się tu zaplątały jakieś męskie cioty, to dostałyby niezłe cięgi od swoich heterobraci. Co za kuriozalny przejaw dyskryminacji faceta przez faceta! Dyskryminują samych siebie. Pozwalają laskom na bycie homo, a homofaceta by rozdeptali. Z jednej strony to czysta hipokryzja, z pozoru niczym nieuzasadniona, a z drugiej – zastanawiające, ale całkiem możliwe do zrozumienia zjawisko wywołane niepohamowaną chucią tej męskiej tłuszczy. Żałosne kreatury…

Ale my nie jesteśmy lesbijkami. Pati i ja tylko się lubimy przytulać. To nam przypomina, że tak naprawdę więcej nas łączy, niż dzieli. Ja mogę sobie być snobką o wielkopańskich zamiłowaniach, a ona trockistką, a i tak jesteśmy jak Kastor, która była kobietą, i Polluks, która też nie była facetem, inaczej niż chcieliby autorzy samczej legendy. Pati i Nati – diada doskonale kompatybilna.

Wchodzimy do środka. Najpierw szatnia, potem bramka… zwyczajnie, jak zawsze.

W kolejce do szatni nikogo znajomego. Zostawiamy okrycia i kierujemy się do kasy, gdzie za cienką szybką siedzi ten koleś, który się tak bardzo podoba Pati. Mnie się nie podoba. Jak dla mnie, ma za wiele z typowego faceta. Może z buźki toby jeszcze uszedł, ale spojrzenie pewnego siebie heteryka zdradza jego skurwielcze cechy.

Płacimy i schodzimy po schodkach do głównej sali, otoczonej przez szereg mniejszych pomieszczeń ze stolikami i kanapami. Na razie impreza się jeszcze nie rozkręciła, na parkiecie tylko dwie laski wpadają w ekstazę przy jakiejś techniawie.

Musimy sobie znaleźć facetów, bo mam już dosyć płacenia za siebie –rzuca mi Pati prosto do ucha, przedzierając się przez muzyczny hałas.

Kto musi, ten musi… –odkrzykuję jej, po czym idziemy do jednej z bocznych sal, gdzie dźwięki głośników nie rozrywają uszu.

Kto dziś ma być? –pytam po chwili, kiedy mogę już usłyszeć własny głos.

Kacha, Filip, Mały oraz Kika. No i może ktoś tam jeszcze. A ja muszę koniecznie wyrwać dzisiaj jakiegoś faceta.

Raczej pozwolić jakiemuś facetowi wyrwać ciebie, droga Pati. Ale może lepiej się łudzić, że tym światem nie rządzą szowinistyczne knury. Nie będę ci więc psuć zabawy, kochana…

 Gdy zmierzamy do baru, z lekkim wysiłkiem udaje mi się zauważyć wśród tłoczących się przy ladzie ludzi znajomy róż Kiki. Pati też ją dostrzega. Podchodzimy zatem i się witamy. Kikuś jak zwykle wydaje z siebie kombinację pisków i kwików, możliwych do wyemitowania tylko przez nią, rzucając się jednocześnie każdej z nas na szyję oraz symulując pocałunek w policzek. Pati momentalnie wyciąga z niej, kto już jest i gdzie wszyscy siedzą. Okazuje się, że w sali z drugim barem.

No, traficie bez problemu, w loży przy ścianie. Mario przyprowadził jakichś nowych kolesi, ekstra! Same luknijcie, jest na co. Ja kupię sobie drina i do was przyjdę –mówi Kika, machając tymi swoimi pomalowanymi brokatową szminką w kolorze oślepiającego różu ustami, po czym strzela do nas uśmiechem typu „no to możecie już iść”.

Kierujemy się zatem do pomieszczenia z drugim drink-barem, co wymaga przemierzenia dwóch innych sal. Wszędzie zbierają się ludzie, tworząc ten typowy dla rozpoczynającego się wieczoru klimat oczekiwania i wzajemnego przyglądania się sobie sondującym wzrokiem.

W jednym z przejść jakiś kolo przewierca mnie bezwstydnie jednoznacznym spojrzeniem. Ma szczęście, że jeszcze nic nie piłam, bo chlasnęłabym go w twarz. Albo od razu w krocze…

W końcu docieramy do stolika, przy którym siedzą nasi znajomi razem z jakimiś nieznajomymi.

Witam się z Kachą. To moja ulubiona antyidolka, przekonana o tym, że bardzo ją lubię. Niestety jest za głupia, aby się zorientować, że jest inaczej, co mnie specjalnie nie przeszkadza, bo mogę ją naciągać na stawianie drinków. Ta lala ma bogatych starych i mogłaby sobie wypychać forsą stanik, gdyby nie to, że robi to już przy użyciu specjalnych wkładek, którymi mi się kiedyś chwaliła w damskiej toalecie. To jej jedyny plus, że oszukuje facetów w ten niesubtelny sposób. Poza tym ma już tylko wady, bo – jako wcielenie blondynki z szowinistycznych dowcipów – nie może mieć specjalnie wielu zalet.

Potem pozwalam się pocałować w policzek obleśnemu Filipowi, za którym szaleje jakieś sześćdziesiąt procent wszystkich lasek, chodzących do klubów. Gdyby nie jego wybitnie troglodyczna osobowość, mogłabym zrozumieć jakieś pięć procent z nich. Cała reszta to jednak nie błąd statystyczny, ale żałośnie naiwne dupy, które swoją ślepotą i intelektualną próżnią przynoszą hańbę swojej płci.

Następnie Mały. Sympatyczny misio. Niestety cierpi na niezdolność do wysławiania się w niewulgarny sposób.

No i w końcu Mario. Najładniejszy. Szczupły, ale dobrze zbudowany, zadbany. Fryzurka, ogolony, ładne perfumy, zawsze świeży oddech, nieźle dobrane ciuchy, tylko trochę zbyt obcisłe – chłopak na glanc, jak mawiała moja ciotka. Ale… Jest jedno ale. Mario ma trochę niskie IQ, szczerze mówiąc, dużo poniżej przeciętnej. Gdyby nie to…

No i ma laskę, Agę. Gruba i do tego fatalnie się ubiera, wystawiając na widok publiczny wszystkie swoje fałdy tłuszczu. Ale jest wyjątkowo w porządku z charakteru.

To teraz mogę już usiąść i ze spokojem pogadać sobie z Pati, wysyłając jednocześnie Małego po drinki dla nas.

Ciekawe, gdzie są ci kolesie, o których mówiła Kika. Ci znajomi Maria –mówi Pati, rozglądając się po całej sali swoimi wielkimi, błyszczącymi oczami o pięknym błękitnym odcieniu.

No tak, już się będzie sadziła na któregoś z nich i sobie z nią nie pogadam. Ale w końcu nie tylko po to tu przyszłam. Może też poznam jakiegoś miłego chłopca? Ostatecznie potańczę sobie z Kiką. Uwielbiam z nią szaleć na parkiecie i patrzeć, jak okoliczni faceci wlepiają w nas wzrok, kiedy wyginamy swoje gibkie ciałka w namiętnych pozach. Aż się ślinią! Wtedy najłatwiej rozpoznać, jakie miejsce na skali skurwielstwa zajmuje każdy z nich. Ich twarze tak wiernie odzwierciedlają wówczas ich zepsute dusze i nieczyste intencje.

Hej, Mario, słyszałam, że przyprowadziłeś dzisiaj jakichś kumpli… –woła Pati.

No, gdzieś tu się kręcą. Poszli się rozejrzeć –odpowiada Mario, wychylając się zza Agi, która siedzi obok niego i głaszcze go po szyi, uważając przy tym, żeby nie popsuć mu nażelowanej fryzury.

Mario jest na tym punkcie bardzo przeczulony. W ogóle ma w sobie coś z narcyza, ale przy jego wyglądzie Adonisa można mu to wybaczyć.

Patrzę na towarzystwo przy naszym stoliku i stwierdzam, że nie ma na kim zawiesić wzroku. Aga wygląda jak tucznik w za małym podkoszulku, Maria prawie zza niej nie widać. Kacha to jakby inkarnacja bogini kiczu, a łyse głowy Filipa i Małego nie mają większych walorów estetycznych. Pozostaje mi wprawdzie Pati, ale ona zaraz się stąd zwinie na parkiet z jakimś facetem i tyle ją będę widziała. Zresztą wolę za dużo na nią nie patrzeć, bo wygląda dzisiaj tak ładnie, że myśl o tym, iż za godzinę jakiś facet z wywieszonym jęzorem będzie dotykał jej delikatnego ciałka swoimi niezdarnymi łapami, tylko mnie rozdrażnia.

Przez chwilę śledzę ruch warg Kachy rozmawiającej z Filipem. Lubię patrzeć ludziom na usta. Zawsze chciałam się nauczyć czytać z ust. Mogłabym wtedy „podsłuchiwać” rozmowy osób siedzących przy innych stolikach. Albo dowiadywać się, o czym rozmawiają ludzie na imprezach, kiedy myślą, że nikt ich nie słyszy…

Choć w sumie i tak wiadomo o czym. Tylko tyłki wszystkim w głowach. Mówią wprawdzie, że chodzi im o czułość, wrażliwość, czasami nawet wręcz romantyzm, ale kiedy już wypowiedzą to kardynalne słowo „miłość”, to spokojnie można założyć, że pięćdziesiąt procent z nich, jeśli to laski, i dziewięćdziesiąt, jeśli to faceci, ma na myśli chemiczny stan pożądania. Czyli tę namiastkę prawdziwej miłości, która tak łatwo się rozwiewa w bezdusznym upływie czasu. I co wtedy pozostaje, jeśli nic nie było, oprócz tej seksualnej mgiełki? Pustka… Miłość to o wiele więcej i to „więcej” nie przemija. Przynajmniej nie tak łatwo…

Moje coraz bardziej odsuwające mnie od rzeczywistości przemyślenia przerywa zjawienie się dwóch koleżków Maria, na których z taką niecierpliwością czekała Pati.

Przedstawiają się jej oraz mnie. Ona zdaje się całkiem ucieszona ich przybyciem. Jak zauważam, jej wzrok ze szczególną radością wita pojawienie się nieco wyższego z nich. Koleś jest blondynem o twarzy będącej całkiem sensownym połączeniem kobiecej delikatności i męskiego twardzielstwa, coś w stylu tych wszystkich przystojnych gliniarzy z amerykańskich filmów.

Pati momentalnie oferuje mu miejsce obok siebie, a właściwie pomiędzy nią a mną, co raczej pozbawia mnie jej towarzystwa na resztę wieczoru. Blondyn, który przedstawił się imieniem Kamil, skwapliwie korzysta z sugestii Pati i sadowi się na wskazanym miejscu. Radek natomiast, czyli drugi koleżka Maria, okazuje pewne zmieszanie, wywołane wahaniem między tym, gdzie chciałby usiąść, a tym, gdzie może. Ostatecznie zwycięża w nim druga, łatwiejsza do wprowadzenia w życie opcja i siada po przeciwnej do nas stronie stolika, obok Maria i jego kluseczki.

No to teraz pozostaje mi już tylko czekać na powrót Kiki, bo nie sądzę, żebym miała ochotę rozmawiać z Kachą ani tym bardziej bym znalazła sposobność zamienienia więcej niż kilku zdań z Agą.

Reklamy