Fragment 1 – „Pamiętnik lesbijki” Eryk Edwardsson


FRAGMENT 1

Co dzień ta sama zabawa się zaczyna.


Kap, kap, kap…

Zaparowane szyby ociekającego deszczem tramwaju. Zapocone szkło, przez które sączą się do środka fragmenty rzeczywistości.

Co dzień ta sama zabawa się zaczyna i przypomina dziecinne moje sny…[1]

Przyglądanie się ludziom w tramwaju zawsze mnie bawiło.

Ale nie dziś… Tego dnia nic mnie nie jest w stanie rozweselić. Powrócił przygnębiający nastrój jesiennej melancholii.

Dlaczego nie mogę być taka jak wszyscy? Nieskomplikowana, z niewielkimi wymaganiami, gruboskórna, niezdolna do wzruszeń. Taka jak ci faceci. Te wredne skurwiele. Chcą tylko jednego od życia – cielesnych doznań, hedonistycznego upojenia w seksualnej orgii, którą mają czelność nazywać miłością.

Co właściwie znaczy to tak nadużywane przez wszystkie marne ludzkie egzystencje słowo? Każdy ma swoją własną koncepcję miłości. Za jednym terminem skrywa się mnóstwo definicji, tworzących wspólnie obszar nieoznaczoności semantycznej. Czy tylko ja sama wiem, jak wiele znaczyć może to pozornie elementarne pojęcie? Co to tak NAPRAWDĘ jest miłość? Nie, ja też tego nie wiem… Ale chociaż zdaję sobie sprawę ze złożoności tego zjawiska, a reszta?

 Ludzie… Żałosny gatunek. Wszyscy mówią „kocham cię” i każdy ma na myśli coś innego. I nawet nie zauważają, że się nie rozumieją. Kocham cię, kocham cię, a ty? Ty też mnie możesz kochać, tylko że w innym sensie. Polisemiczność i wieloaspektowość tego zagadnienia przekracza zdolności aprehencyjne tych marnych ludzieńków, których umysły są zbyt ciasne, żeby operować wystarczająco skomplikowaną siatką pojęciową i ogarnąć tę wyabstrahowaną z samej siebie abstrakcję, jaką jest miłość.

What is love? I po co mi te całe studia, skoro muszę żyć pośród semiidiotów, którzy nie są w stanie dostrzec swojej ograniczoności? Banda nieczułych troglodytów. Po co mam się uczyć tych wszystkich obco brzmiących słów jak „interakcja”, „autoteliczność”, „ekwilibrystyka”, „entymemat”…?

Co dzień ta sama zabawa się zaczyna […]. Chcę rozbić taflę szkła, a ona się ugina. I tam są wszyscy, a naprzeciw… Ja[2].

Dlaczego muszę odczuwać taki dystans? Dlaczego nie potrafię się przebić na zewnątrz, do wspólnej dla wszystkich rzeczywistości? To wprawdzie jedynie intersubiektywny konstrukt ludzkich świadomości, dający tylko iluzję obiektywności, ale jakże to wiele w porównaniu z moją przeintelektualizowaną alienacją.

Jestem ekscentryczną egocentryczką i sama sobie szkodzę, tworząc wokół siebie świat utkany z marzeń, w który otulam się, żeby znaleźć odrobinę spokoju… i rozkoszy. Spowita we własne ideały przemierzam prawdziwą rzeczywistość wszystkich ludzi. Stykam się w tramwaju z obcymi sobie jestestwami i odczuwam rosnący ból wyobcowania. Na chwilę strumyczki ich osobowości przecinają się z moim zdekomponowanym, hermetycznym „ja” mizantropki. Ach, te spotkania mikroświatów… Robię głośniej discmana i zaciskam usta, żeby nie wydarł się z nich żaden krzyk… Ani szept.

Liczę minuty, przystanki, ludzi wchodzących do tramwaju. Lubię tramwaje. Przypominają metro. Ten znak nowoczesnej cywilizacji. Powiew Zachodu. Oddech symbolicznych analityków znad Tamizy, Sekwany, Missisipi na tej zmrożonej lodem intelektualnego zastoju polskiej ziemli.

I nie dziwię się już niczemu, prócz ich zdziwienia. I nie słucham już nikogo, tylko siebie, bo muzyka to ja. Jestem wszechczłowiekiem, rozumiem prawie wszystko. Rozumiem, w jaki sposób można nie rozumieć. Rozumiem, że w ogóle MOŻNA nie rozumieć. Ale czy wiem, jak to jest być starą babcią, chylącą się ku nieuchronnemu upadkowi, z którego już się nie podniesie? Nie, tego nie wiem. Nie wiem zatem wszystkiego. Tak wiele muszę się jeszcze nauczyć.

Ale oni muszą nauczyć się znacznie więcej. Ci zwykli ludzie. Tuzinkowi do bólu, nudni do obrzydzenia, mdli, drażniący mój nos swoimi tanimi perfumami. Niepokoi mnie jednak myśl, że dopóki sama się nie zestarzeję, nie będę w stanie w pełni zrozumieć starych ludzi. Teraz nie mogę ich zrozumieć inaczej niż tylko potencjalnie. Poprzez indolentną empatię.

Jestem tak nieskończona tu, w środku, kiedy spoglądam w głąb siebie. Tak niewyobrażalnie symbolicznie totipotencjalna. A jednak mieszczę się w tym tramwaju i zajmuję nie więcej miejsca niż inni. Z pozoru jestem pozorna. Taka jak oni. Taka jak wy. Nie…

Śmiech. Słyszę swój własny stłumiony śmiech, kiedy tylko pomyślę, jak bardzo takie przyrównanie jest mylące. Nie wolno przyrównywać, można co najwyżej porównywać.

„Każdy inny, wszyscy równi” – czy to nie takimi napisami obwieszają się te głupie brudy[3]? Jakie to naiwne. Nie jesteśmy równi. Bo gdybyśmy byli, oznaczałoby to, że istnieje jakaś sprawiedliwość, a przecież niczego takiego nie ma. Oczywiście mam tu na myśli zobiektywizowaną sprawiedliwość doczesną, nie zaś transcendentną, bo taka może nawet istnieć, ale my – tu, na naszej kuli – nigdy się tego nie dowiemy. Agnosis…[4] Ignoramus et ignorabimus[5].

Tramwaj zatrzymuje się w końcu na moim przystanku. W tej konkretnej chwili zauważam, że coś mnie na moment połączyło z pozostałymi pasażerami. Ten przystanek jest również ich. To pętla, tramwaj dalej nie jedzie. A więc wola wszystkich znajdujących się w nim osób, czyli wola każdej z nich z osobna, przybiera podobną postać na tę krótką chwilę wysiadania z pojazdu. Wszyscy nagle robią to samo, tak zgodnie, jakby się umówili. Ale się nie umówili. Gdyby spróbowali to zrobić, doszłoby do kłótni. Jak zwykle wśród Polaczków. Wtedy nie wyszliby tak zgodnie z tego tramwaju. Żałosny naród.

Przestaję o tym myśleć, wysiadając tak jak inni i wsłuchując się w muzykę Tatu. Show me love, show me love…[6] One też jakby wiedziały… Że to nie takie proste z tą miłością. Pokaż mi miłość, skoro mnie kochasz! No dalej, ty skurwielu! Show me love… Aż zapragnę jej naprawdę.

Pokazałaś mi coś z tego, kochanie… Droga przyjaciółko. Ty mnie rozumiesz, kiedy wydaję pieniądze na oryginalną płytę Tatu. Ty nie mówisz, że gdybym była normalna, jak WSZYSCY, to ściągnęłabym ją sobie z netu.

Faceci nie potrafią nas kochać, tak jak my ich. To niesprawiedliwe… Znowu śmiech. „Sprawiedliwości nie ma, głupi ten, kto jej szuka” – powiedział kiedyś mój profesor od stosunków społecznych. Miłość to też stosunek społeczny, między innymi. Ale to nie wszystko. Miłość to wiele innych aspektów, których socjologia nie uchwyci. Idę na uczelnię. Czeka mnie kolejny cotygodniowy zestaw wykładów. Taki set, jak by powiedział jeden z tych pyszałkowatych samców, z którymi muszę się stykać na każdym kroku. A czas mija, w miarę jak stawiam kilka, naście, setki, tysiące kroków na przeglądającej się nieustannie w Księżycu Ziemi.


[1] E. Górniak, Szyby,sł. A. Miklaszewska, M. Miklaszewska,z albumu: E. Górniak, Dotyk,Pomaton EMI, KM, Londyn–Warszawa 1995.

[2] Tamże. Parafraza autora, w oryginale: Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina. I tam są wszyscy, a naprzeciw ty.

[3] Brudy – pejoratywne określenie członków subkultur rockowo-metalowych stosowane w kręgach nieprzychylnie do nich nastawionych.

[4] Starogr. „niewiedza, brak wiedzy”, w filozofii jest to pojęcie ściśle związane z agnostycyzmem.

[5] Łac. „nie wiemy i nie będziemy wiedzieć”.

[6] Tatu, Show Me Love, sł.S. Galoyan, M. Kierszenbaum, V. Polienko, z albumu: Tatu, 200 km/h in the Wrong Lane, Universal/Interscope, CD, Londyn 2002.